[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Chodziła po domu w świątobliwym zamyśleniu, uzbrojona w szczotki i ścierki.Człowiekiem, który poniekąd zastąpił mnie w sercu Teresy, był sędziwy ojciec tancerek mieszkających na parterze.Widywałem go czasem w sieni ubranego w cylinder i piękne granatowe palto, które mu Teresa zapinała na wszystkie guziki, giędząc nieustannie, ze skromnie spuszczonymi oczami.On uśmiechał się do niej poważnie, usiłując wycofać się jak najszybciej w stronę drzwi wchodowych.Nie zdaje mi się, aby przywiązywał większą wagę do łask Teresy.Nasz postój w porcie przeciągał się tym razem długo, a ja prawie nie opuszczałem domu.Pewnego wieczora zaprosiłem do siebie owego jegomościa na kieliszek wina.Nie robił żadnych trudności, przyniósł ze sobą drewnianą fajkę i rozmawiał bardzo zajmująco, przyjemnym głosem.Trudno było wyrozumieć, czy jest kimś nieprzeciętnym, czy zwykłym hultajem, w każdym razie biała broda nadawała mu wygląd czcigodny.Nie mógł mi oczywiście poświęcić wiele czasu, musiał bowiem pilnie strzec swoich córek i ich wielbicieli.Wprawdzie dziewczęta nie odznaczały się zbytnią płochością, ale jako bardzo młode nie miały życiowego doświadczenia.Były to miłe stworzonka o przyjemnych, wesołych głosach, a ojciec zdawał się być bardzo do nich przywiązany.Sam był mężczyzną muskularnym o srebrnych, kędzierzawych włosach, które tworzyły wieniec dokoła jego uszu i łysiny nadając mu wygląd barokowego apostoła.Wymiarkowałem, że musiał mieć dosyć ciemną przeszłość i wielce burzliwą młodość.Wielbiciele tancerek traktowali go z ogromnym respektem.Musiało to być uczucie instynktowne, gdyż zachowywał się w stosunku do nich życzliwie, nawet z odcieniem uniżoności, jednakże w jego oczach pojawiały się czasem drapieżne błyski, które działały na nich hamująco.Ten hamulec przestawał działać, gdy chodziło o hojne podarki - tu raczej doznawali zachęty.Zadawałem sobie czasem pytanie, czy te lekkomyślne, wesołe stworzonka zdają sobie sprawę z utajonego w tej taktyce moralnego piękna.Ale prawdziwym i stałym moim towarzyszem był manekin z pracowni i nie mogę powiedzieć, żeby mi jego towarzystwo całkowicie wystarczało.Po zadomowieniu się w pracowni podniosłem go troskliwie z ziemi, otrzepałem z kurzu jego powykręcane członki i twarde, drewniane łono, po czym ustawiłem go w kącie, gdzie przybrał od razu zalęknioną postawę.Znałem jego historię.Nie był to zwykły manekin.Rozmawiając kiedyś z Dona Rita o jej siostrze, wyraziłem przypuszczenie, że Teresa umyślnie przewraca szczotką tę biedną pokrakę - Dona Rita uśmiała się z tego serdecznie.«Oto przykład - rzekła - instynktownej antypatii.» Manekin został przed laty zrobiony na miarę i przez długi czas nosił na sobie szaty cesarzowej bizantyńskiej.Dona Rita pozowała w tych szatach tylko parę razy, lecz do następnych seansów trzeba było oczywiście ułożyć fałdy i zagięcia materii w podobny sposób, w jaki były zaznaczone w pierwszym szkicu.Dona Rita opowiadała zabawnie, jak się to odbywało: musiała stać na środku pokoju, podczas gdy Róża, drepcąc dokoła niej z centymetrem, zapisywała cyfry na świstku papieru.Ten papierek, przesłany do pracowni manekinów, został Jej zwrócony z pełnym oburzenia listem kierownika pracowni, który stwierdzał, że tego rodzaju proporcje są wręcz niemożliwe dla jakiejkolwiek kobiety.Widocznie Róża poplątała wszystkie cyfry i dużo czasu upłynęło, zanim wykonany manekin przywędrował w długim koszu do Pawilonu, by przywdziać na siebie szaty cesarzowej i przybrać hieratyczną jej pozę.Później z równą cierpliwością nosił na głowie wspaniały kapelusz Dziewczyny w kapeluszu.Dona Rita nie mogła odgadnąć, jakim sposobem manekin znalazł się teraz w Marsylii, pozbawiony swej biednej głowy w kształcie rzepy.Prawdopodobnie przyjechał w jednej z pak przewożących suknie i cenne brokaty, które Rita sama wysyłała z Paryża.Świadomość jego pochodzenia, pogardliwe aluzje rotmistrza Blunta, wreszcie antypatia, okazywana mu przez Teresę sprawiły, że ten z grubsza ociosany kształt kobiecej postaci nabrał w mych oczach pewnego uroku, dając mi blade, żałosne złudzenie oglądania oryginału.Mniej sztuczny niż fotografia, był także o wiele mniej dokładny… Ale tego wyjaśnić nie podobna.Dość, że odczuwałem wyraźną sympatię do manekina, jakby był jakimś zaufanym pomocnikiem Rity.Odkryłem w nim nawet pewien swoisty wdzięk.Nie posunąłem się jednak nigdy tak daleko, by do niego przemawiać, kiedy nieśmiało wyzierał z kąta, lub wyciągać go stamtąd w celu kontemplacji.Pozostawiałem go w spokoju.Nie byłem wariatem.Miałem tylko niezłomne przekonanie, że obłęd wkrótce mnie dosięgnie.IIMimo tak rozwiniętej mizantropii, musiałem odwiedzić kilka osób w związku ze sprawą karlistowską, którą niełatwo mi było porzucić i której właściwie porzucać nie chciałem.Stanowiła ona dla mnie pretekst pozostawania w Europie, a nie czułem się wewnętrznie na siłach, aby zdobyć się na nową wyprawę do Indii Zachodnich czy innej części świata.Z drugiej zaś strony moje awanturnicze przedsięwzięcie dawało mi kontakt z morzem, gdzie znajdowałem zatrudnienie, osłonę i ukojenie, ulgę moralną, jaką daje zetknięcie się z konkretnymi zadaniami, równowagę, jaką się uzyskuje przez obcowanie z prostymi ludźmi, wreszcie w pewnym stopniu wiarę w siebie zdobywaną w walce z żywiołem.Tego nie mogłem się wyrzec.A przy tym wszystko to było związane z osobą Dony Rity.Bądź co bądź, otrzymałem to z jej ręki, z tej ręki, której uścisk miał w sobie męską siłę i prawość, a obok tego obdarzał jedynymi w swoim rodzaju wrażeniami.Na samo wspomnienie tego uścisku doznawałem uczucia, że przepływa przeze mnie fala roztopionego żaru.Ta ręka była powodem naszej pierwszej sprzeczki, która pociągnęła za sobą wiele innych - byliśmy bowiem oboje tak drażliwi jak ludzie trawieni wewnętrzną gorączką, a nie zdający sobie w pełni sprawy ze swego cierpienia.Nad mętnymi wodami legitymizmu unosił się przecież duch Rity.Było rzeczą mało prawdopodobną, aby magiczny dźwięk tego imienia obił się teraz o moje uszy.Tak na przykład, pewien potentat ze świata finansów, z którym musiałem kilkakrotnie się naradzać, czynił częste aluzje do nieodpartego uroku tej potęgi, która władała mym sercem i duszą - tej tajemniczej postaci, której niezapomniane rysy łączyły w sobie promienność słonecznego dnia z niezgłębionym czarem nocy - i nazywał ją po prostu: «Madame de Lastaola».Ten człowiek o stalowosrebmych włosach takie, a nie inne miano nadawał największej tajemnicy wszechświata [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • higrostat.htw.pl
  •