[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Do cholery, ja jestem tutaj kapitanem! – wykrzyknął Heer.– Obaj mamy wypełniać rozkazy – zauważył chłodno Wohl.– Jak pan wie, pochodzą od bardzo ważnej osobistości.Heer powściągnął gniew.Ten smarkacz miał oczywiście rację.Heer wypełni jego rozkazy.Kiedy jednak wrócą do portu, złoży na niego skargę za nieposłuszeństwo.Nie bardzo wierzył, żeby to pomogło: piętnaście lat służby w marynarce nauczyło Heera, że ludzie z kwatery głównej sami dla siebie stanowili prawo.– Jeżeli ten wasz człowiek jest tak głupi, że wypłynie dziś wieczór, nie wierzę, żeby przeżył ten sztorm – powiedział.Jedyną odpowiedzią Wohla było nic nie mówiące spojrzenie.– Czy złapałeś coś, Weissman?! – zawołał Heer do radiotelegrafisty.– Nic nie słychać, panie kapitanie.– Mam złe przeczucie, że szmery, które usłyszeliśmy kilka godzin temu, pochodziły od niego – powiedział Wohl.– Jeśli nawet tak było, to nadawał je daleko od miejsca spotkania – błysnął inteligencją radiotelegrafista.– Uważam, że brzmiało to raczej jak uderzenie pioruna.– Jeśli to nie był on, to trudno.Jeśli jednak to był on, dawno musiał już utonąć – Heer był wyraźnie z siebie zadowolony.– Nie zna pan możliwości tego człowieka – powiedział Wohl i tym razem w jego głosie dało się wyczuć pewne podniecenie.Heer popadł w milczenie.Odgłos silnika uległ lekkiej zmianie i wydawało mu się, że słyszy jakieś podejrzane szmery.Jeśli w czasie podróży powrotnej staną się głośniejsze, będzie musiał zrobić przegląd techniczny w porcie.Zrobi to w każdym wypadku, choćby po to, aby uniknąć następnej wyprawy z niesympatycznym majorem Wohlem.Marynarz zajrzał do kajuty.– Czy chce pan kawy, panie kapitanie?Heer potrząsnął przecząco głową.– Jeśli jeszcze się napiję, zacznę siusiać kawą.– A ja poproszę – powiedział Wohl i wyciągnął następnego papierosa.Ten gest kazał Heerowi spojrzeć na zegarek.Było dziesięć po szóstej.Pedantyczny major Wohl przełożył na później wypalenie papierosa, który wypadał na godzinę szóstą, tylko po to, aby przedłużyć o parę minut okres czekania pod wodą.– Wracamy do domu! – rozkazał kapitan.– Chwileczkę – odezwał się Wohl.– Po wyjściu na powierzchnię proponuję, żebyśmy się rozejrzeli, zanim odpłyniemy.– Niech pan nie będzie głupcem – powiedział Heer.Wiedział, że może sobie pozwolić na taką uwagę.– Czy zdaje pan sobie sprawę, jaki sztorm tam się teraz rozszalał? W takich warunkach nie można otworzyć luku na rufie, a peryskop pokaże nam wodę na odległość zaledwie paru jardów.– Skąd pan wie o sile sztormu będąc na tej głębokości?– Z własnego doświadczenia – poinformował go Heer.– Wobec tego przynajmniej wyślijcie wiadomość do bazy z informacją, że nasz człowiek nie nawiązał kontaktu.Bardzo prawdopodobne, że rozkażą nam przedłużyć czekanie.Heer westchnął zniecierpliwiony.– Nie można z takiej głębokości nawiązać kontaktu radiowego z bazą – tłumaczył.W końcu opanowanie opuściło Wohla i wybuchnął: – Komandorze Heer, rozkazuję panu wypłynąć na powierzchnię i nawiązać kontakt radiowy z bazą, zanim opuścimy miejsce spotkania.Człowiek, którego mamy zabrać, jest w posiadaniu informacji, od których zależy przyszłość Rzeszy.Sam Führer czeka na jego raport.Heer spojrzał na niego.– Cieszę się, że w końcu coś pan wyjaśnił, majorze.– Odwrócił się.– Cała naprzód! – wrzasnął.Dźwięk dwóch bliźniaczych silników przemienił się w ryk i łódź zaczęła nabierać szybkości.Część czwartaRozdział 19Kiedy Lucy obudziła się, sztorm, który rozpoczął się poprzedniego wieczoru, szalał dalej.Pochyliła się nad brzegiem łóżka, poruszając się ostrożnie, żeby nie obudzić Davida, i podniosła zegarek z podłogi.Było parę minut po szóstej.Wichura wyła nad dachem domu.David mógł jeszcze pospać, niewiele zdoła dzisiaj zrobić.Zastanawiała się, czy dach bardzo ucierpiał tej nocy.Będzie musiała sprawdzić strych.Poczeka z tym, kiedy David wyjdzie, w przeciwnym razie będzie wściekły, że nie powiedziała mu, aby on to zrobił.Wyślizgnęła się z łóżka.Było bardzo zimno.Gorąca pogoda ostatnich paru dni okazała się fałszywym latem, przygotowaniem do sztormu.Teraz, w czasie burzy, zimno było jak w listopadzie.Ściągnęła flanelową koszulę przez głowę i szybko włożyła ciepłą bieliznę, spodnie i sweter.David poruszył się na łóżku.Spojrzała na niego niespokojnie.Przewrócił się na drugi bok i na szczęście spał dalej.Lucy zajrzała do pokoju małego Jo.Trzyletni chłopczyk przeszedł już z kołyski do prawdziwego łóżka i często wypadał z niego nie budząc się wcale.Tego ranka jednak leżał na łóżku śpiąc smacznie z buzią szeroko otwartą.Lucy uśmiechnęła się na jego widok.Wyglądał słodko, kiedy spał.Zeszła cicho na dół, zastanawiając się, co też ją mogło obudzić tak wcześnie.Czyżby Jo zapłakał, a może przyczyną był sztorm? Uklękła przed kominkiem, zawinęła wysoko rękawy swetra i zaczęła rozpalać ogień.Wysypując popiół z paleniska gwizdała piosenkę, którą znała z radia: “Jesteś, czy nie jesteś moim kochanym?" Wybrała najgrubsze polana.Suche paprocie łatwo się rozpalały; kładła je na sam spód i przykrywała drewnem i węglem.Czasami używała tylko drewna, ale węgiel dawał więcej ciepła w taką pogodę.Przez parę minut trzymała kawałek gazety nad paleniskiem, aby chwycił ciąg w kominie.Po chwili drewno buchnęło jasnym płomieniem, a węgiel żarzył się czerwonym blaskiem.Złożyła papier i wsunęła go pod szuflę na węgiel – przyda się następnego dnia.Ogień kominka powinien wkrótce ogrzać mały dom, a na razie trzeba się zadowolić filiżanką gorącej herbaty.Lucy poszła do kuchni i nastawiła czajnik na elektrycznej kuchence.Umieściła dwie filiżanki na tacy, potem poszukała papierosów Davida i popielniczki.Przyrządziła herbatę, napełniła filiżanki i poszła z tacą przez hall w stronę schodów na górę.Postawiła już jedną stopę na najniższym stopniu, kiedy usłyszała lekkie stukanie.Zatrzymała się, zmarszczyła brwi i doszła do wniosku, że to wiatr musiał uderzyć czymś o ścianę.Zrobiła następny krok i znowu usłyszała ten sam dźwięk.Tak jakby ktoś pukał do drzwi.Bzdura oczywiście.Nikt nie mógł przecież pukać z wyjątkiem Toma, a on zawsze wchodził od kuchni bez pukania.Hałas powtórzył się.Żeby zaspokoić własną ciekawość, zeszła ze schodów i przełożywszy tacę do jednej ręki, otworzyła drzwi.Przerażona puściła tacę na ziemię [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • higrostat.htw.pl
  •